— GAZETA —

DEMOKRATYCZNA

POWIAT MYSZKOWSKI · ZAWIERCIAŃSKI · BĘDZIŃSKI · CZĘSTOCHOWSKI

Samorząd

Kto ma rację ws. biogazowni?

Kto ma rację ws. biogazowni?

Właściciele Zakładów Mięsnych „Józan” z Rzeniszowa (gm. Koziegłowy) chcą na swoich działkach wybudować biogazownię. Rzeniszowianie są przerażeni, a ich strachem sprytnie manipulują lokalni decydenci, wtórują im lokalne media licząc na lepszą sprzedaż ledwie zipiącego czasopisma. Problem jest poważny. Mieszkańcy boją się, że będzie śmierdzieć, wszędzie będą muchy, do biogazowni będą przyjeżdżać ciężarówkami w niezliczonej ilości odpady i ścieki z całej okolicy.

Właściciele „Józanu” – państwo Kaczorowscy wyjaśniają, że przecież działkę kupili od tych, którzy dziś głośno krzyczą, zapewniają, że biogazownia spełniać będzie najwyższe standardy. Nikt w te zapewnienia nie wierzy, ludzie są skołowani. Jak biogazownia funkcjonuje w innych miejscowościach?

Na popołudniowe spotkanie 20 stycznia do remizy przyszło tylu mieszkańców, że nie pomieścili się w sali. Trudno się dziwić ogromnemu zainteresowaniu. Niemal w centrum miejscowości ma powstać biogazownia o dobowym przerobie 100 ton odpadów w tym m.in. odpadów zwierzęcych, ścieków, odpadów rolniczych itp. Ludzie są przerażeni. Tłumaczą, że nikt ich o zamiarze budowy obiektu nie powiadomił, bo zgodnie z obowiązującymi przepisami nie musiał.

Rzeniszowianie chcieliby jednak konsultacji społecznych. Pierwsze dokumenty pan Andrzej Walczak, bezpośredni sąsiad działek otrzymał ok. listopada minionego roku. Jak tłumaczyli mieszkańcy – najpierw mówiono im, że ma tam powstać wytwórnia wód – tę wersję uprawdopodobniły odwierty robione w różnych częściach nieruchomości. Teraz ludzie boją się, że będą w tych odwiertach składować odpady.

- Boimy się smrodu i mamy prawo, z firmą „Józan” od wielu lat związane są niepokojące sprawy – przekrzykiwali się, dodając, że: już teraz rzeźnia, o której było głośno w programie „Uwaga” TVN to hałas, smród i wszechobecne muchy.

- Na początku grudnia poczta pantoflową dowiedziałam się, że rozpoczyna się proces projektowania biogazowni, już wtedy dokumenty do starostwa były złożone. Gdy tylko potwierdzili mi te informacje, napisałyśmy sprzeciw mieszkańców. Dwa razy te pisma zatrzymały się gdzieś u mieszkańców – mówiła radna Rady Gminy i Miasta Koziegłowy, wcześniej pełniąca funkcję sołtysa – Grażyna Sitek.

Kto ma rację ws. biogazowni?

Radna wraz z sąsiadem, który jest stroną postępowania administracyjnego, spotkali się z naczelnikiem Wydziału Architektury oraz Starostą i Wicestarostą Myszkowskim, chcieli prosić organ o niewydawanie decyzji. Takie postępowanie nie jest możliwe. Starostowie zapewnili, że dokumenty zostały poddane wnikliwej weryfikacji przez pracowników starostwa. Nie było w nich błędów pozwalających przedłużyć postępowanie.

- Szukaliśmy argumentów za i przeciw, prosiliśmy starostów. Jakby starostowie się nie zgodzili na zatwierdzenie dokumentów to zyskalibyśmy czas – dodała radna.

Problem w tym, że organ musi stosować się do Kodeksu Postępowania Administracyjnego – nie może dlatego, że ktoś prosi, nie wydać decyzji.

Podczas spotkania mieszkańcy tłumaczyli, że oni nie sprzeciwiają się inwestycji, mają świadomość, że to ekologiczne przedsięwzięcie i że sama biogazownia nie śmierdzi. Śmierdzi substrat, którego będzie tam przyjeżdżało 100 ton na dobę – kilka tirów.

- To nie jest tylko biogazownia, jest także zagrożenie wybuchem – podnosili.

Co istotne mieszkańcy Rzeniszowa obawiają się nie tylko smrodu, niebezpiecznych odpadów, ciężarówek, boją się również, że przez to wszystko wartość ich nieruchomości znacząco spadnie.

- Nikt nie ma prawa odebrać nam naszej własności, nasze działki stracą wartość, nikt nie zagwarantuje nam, że do tej biogazowni nie będą dowożone ścieki z przetwórni rybnej…

Poza tym powstaje poferment, to też trzeba będzie wywieźć. By biogazownia spełniała swoją funkcję, musi być do niej dowożone 100 ton na dobę – tłumaczyli wielokrotnie, dodając: - to będą odpady, odchody, kukurydza. Ta firma może w niedługim czasie wystąpić o rozbudowę powyżej 1000 kW. Właściciele wyjaśniają, że będzie to 50-60 ton przerobu, a rozbudowa nie jest dla nich opłacalna.

Przerażającym jest fakt, że obiekt ma być wybudowany – jak mówili zebrani – 20 metrów od domów jedno lub wielorodzinnych - to okazuje się nieprawdą.

- Mnie podali 115 metrów odległości od okna – wyjaśniał ktoś inny.

Zebrani poddawali pod wątpliwość otwartość władz firmy. Wyjaśniali, że podpowiadano im miliony rozwiązań, jakie mają powstać na działce – wspomniana wytwórnia wód, hotel pracowniczy, farma fotowoltaiczna… Prawdziwe w tajemnicy trzymano do końca.

Mieszkańcy są świadomi i zdeterminowani. Doskonale zdają sobie sprawę, że dopóki inwestor nie ma prawomocnego pozwolenia na budowę, to nie może zacząć budować obiektu.

To zaprosili samorządowców czy nie?

Podczas spotkania obecni żałowali, że na spotkanie nie przybył żaden przedstawiciel gminy i starostwa. Sołtys powiedziała, że zaprosiła telefonicznie. Gdy mieszkańcy doprecyzowali, że powinna mieć „na piśmie”. Dodała, że wysłała mailem. Po publikacji artykułu na fb gazety, kobiety - radna gminna i sołtyska - próbowały wmówić, że miały na myśli spotkanie 7 lutego.

Wilk w owczej skórze

Królową manipulacji okrzyknąć można kogoś innego. Na spotkanie – bez zaproszenia – przyszła radna powiatowa Dorota Kaim-Hagar. W trakcie swojej wypowiedzi sugerowała, że ona o spotkaniu nie wiedziała.

- Wiesz Dorotko, my tyle razy do ciebie dzwoniliśmy, tyle razy pisaliśmy pisma, smsy i to zawsze pozostawiało bez odpowiedzi, nie byłaś zainteresowana naszymi problemami, to po prostu nie pomyśleliśmy o tym, by cię zaprosić – powiedziała radna Sitek.

D. Kaim-Hagar odparła najpierw, że ona teraz jest w opozycji w radzie powiatu i niewiele może zdziałać, że rządzi PiS i w kraju i w powiecie i w ogóle wszystkim rządzą koterie. Po kilku minutach i zmianie wątku odparła, że ona na pewno wiele by zdziałała podczas pierwszego spotkania ze starostami… Jeszcze większą fantazją wykazała się podczas styczniowej sesji Rady Powiatu w Myszkowie.

Kobieta oznajmiła, że ja – Katarzyna Kieras – zostałam na spotkanie mieszkańców wysłana przez starostę, by później przekazać mu nagrania. Tak się składa, że na spotkanie DEMOKRATYCZNĄ zaprosili mieszkańcy. Rzeniszowianie mają większe zaufanie do mediów niż do swojej przedstawicielki w samorządzie powiatowym – i trudno im się dziwić. Dorota Kaim-Hagar swoimi popisami rodem z teatralnej sceny opowiadała, jakie to korzyści będą mieć lokalni decydenci.

Zapewniała – podczas transmitowanych obrad – że ona się nie boi i odważnie będzie piętnować nieprawidłowe zachowania.

- Słynę z tego, że zadaję niewygodne pytania - powiedziała radna Hagar, a ja parsknęłam śmiechem. Nie nabieram się już – po kilku latach zasiadania w ławie oskarżonych - na te żenujące wystąpienia. Szkoda, że nie piętnowała tych nieprawidłowych zachowań w poprzedniej kadencji, gdy jej mąż był dyrektorem szpitala powiatowego, a ona – jako przewodnicząca Komisji Polityki Społecznej i Ochrony Zdrowia w radzie powiatu (organ założycielski) – nadzorowała pracę męża.

Szkoda, że nie krzyczała głośno, gdy jej małżonek zatrudniał ówczesnego radnego powiatowego Michała Trojakowskiego na stanowisku asystenta, z pokrywającym się zakresem obowiązków z tym należącym do zastępcy dyrektora (tę nieprawidłowość wykryła Państwowa Inspekcja Pracy). Jej mąż – Khalid Hagar – wytoczył mi proces o zniesławienie i o rasizm, zeznawała cała plejada gwiazd, włącznie z właścicielem gazety. I co? Dziś nikt nie mówi, że Hagar tę sądową sprawę przegrał z kretesem.

A ta, co najgłośniej wtedy krzyczała, do dziś nie powiedziała przepraszam. Daruję pani, proszę tylko o nieoszukiwanie mieszkańców. To, co pani robi to polityka najniższych lotów. Manipulacja ludzkim strachem to obrzydliwa metoda. Słusznie zauważyła to Wiceprzewodnicząca Rady Powiatu w Myszkowie. - Widać, że się na ludzkich problemach chce wjechać do samorządu – skomentowała zachowanie Doroty Kaim-Hagar Zdzisława Polak.

Kto sieje wiatr?

Pierwszy akt prawny określający przeznaczenie terenu, na którym dziś stoi ubojnia i ma stanąć biogazownia powstał w roku 1990. Wówczas zgodnie z uchwałą Rady Narodowej Gminy i Miasta Koziegłowy teren działek pozwalał na realizowanie na jej terenie inwestycji przemysłowych (rolno-spożywczych). Kolejna zmiana prawa miejscowego w tym zakresie nic nie wniosła – był to rok 1992 r.

W 2005 roku Rada GiM Koziegłowy uchwaliła plan przestrzennego zagospodarowania dla Rzeniszowa, przedmiotowe działki utrzymały takie samo przeznaczenie.

Jak się okazuje osoby najbardziej zaangażowane w pisanie protestów i podburzanie mieszkańców brały dział w przygotowaniu planu przestrzennego zagospodarowania dla „spornych” działek. Kto był właścicielem nieruchomości przed Kaczorowskimi? W pierwszej kolejności mieszkańcy, którzy swoje pola przekazywali „na Skarb Państwa”, czyli do Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej.

Prezesem RSP był Zenon Kurzak, zasiadał też w Radzie Narodowej (która uchwalała plan), dziś działa w stowarzyszeniu na rzecz wsi i zachęca mieszkańców do protestu.

Nieoficjalnie ludzie we wsi mówią, że Kurzak był likwidatorem spółdzielni. I spódzielnia te grunty sprzedała w 1991 roku Zakładom Przetwórstwa Spożywczego „Prod-Peck” Sp. z o.o. Spółka właścicielem nieruchomości była aż do 2002 roku. To Kurzak miał namawiać Kaczorowskich do zakupu gruntu w Rzeniszowie, bo swój zakład mieli przecież wcześniej w Koziegłowach.

Co na to wszystko inwestorzy?

Rzetelność dziennikarska, a przede wszystkim troska o mieszkańców wymaga poznania stanowiska drugiej strony sporu. Tuż przed zaplanowanym na luty spotkaniem udało nam się dotrzeć do Państwa Kaczorowskich.

- Chętnie odpowiemy na wszystkie pytania, bo nie mamy nic do ukrycia. Jesteśmy zwykłymi przedsiębiorcami, choć to może za dużo powiedziane. Zatrudniamy 150-200 pracowników, niektórzy są z nami od lat, od początku „Józana”. To już jak rodzina. Historia firmy w tej lokalizacji zaczęła się w maju 2002 roku, wówczas kupiliśmy działkę od firmy Prod-Peck. Zapłaciliśmy dość sporo.

Zgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego działki były przeznaczone pod usługi przemysłowe, mogliśmy więc bez większych przeszkód wybudować zakład. Od momentu uruchomienia ubojni do dziś przeszliśmy 5 dużych kontroli unijnych, wszystkie miały pozytywne wyniki – wyjaśniają państwo Kaczorowscy.

- Mieszkańcy zarzucają Państwu nieprawidłowości przy działaniu ubojni, do rzeki ma wylewać się krew.

- To niemożliwe, mamy swoją oczyszczalnię, która przetwarza odpady. W naszym zakładzie niemożliwym jest wypuszczanie krwi do rzeki. Jest na to osobny odstojnik. Mieliśmy różne kontrole z zakresu ochrony środowiska, pobierali próbki - przed i po wyrzucie ścieków. Żadna nie wykazała nieprawidłowości.

- Ludzie mówią, że wywożą Państwo ścieki na pola.

- To zweryfikowały różne kontrole z zakresu ochrony środowiska. Zarzucano nam, że wywozimy krew. Badania pobranych próbek niczego takiego nie potwierdziły, nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości. Kontrolerzy sprawdzili „ciecz” na polu, było to nieszkodliwe, wszystkie sprawy umorzono. Na gnojowicę mamy oddzielny zbiornik. Kanalizacja odprowadza gnojowicę do innego zbiornika, a ścieki (to coś zupełnie innego) płyną do oczyszczalni zakładowej. Na odczynniki wydajemy fortunę.

- Czy te kontrole są zapowiadane?

- Zdarzają się kontrole niezapowiedziane. Kontrolerzy mają prawo wejść na zakład i pobrać sobie próbki, kiedy chcą. Nie mają obowiązku poinformowania, że pobierają próbki na terenie zakładu.

- A teraz chyba najważniejsze pytanie skąd pomysł na biogazownię?

- Zanim zdecydowaliśmy się na budowę biogazowni planowaliśmy wybudowanie na działce wytwórni wód – proszę zobaczyć dokumenty. Robiliśmy odwierty, by sprawdzić, czy teren jest odpowiedni. W międzyczasie ceny energii mocno wzrosły, inwestycja byłaby nieopłacalna. Mało tego, baliśmy się o przetrwanie ubojni. Nam zamknięcie zakładu finansowo by nie zagroziło, ale co z naszymi pracownikami, którzy są z nami od lat?

Mieliśmy pozwolić [NIECZYTELNE: zdanie urwane na dole strony 6, kontynuacja artykułu prawdopodobnie na stronie 7, poza zakresem tego zlecenia]

na to, by stracili stały dochód?! Rozeznaliśmy rynek i wybór padł na biogazownię, odwiedziliśmy wiele takich inwestycji, zasięgnęliśmy języka tam, gdzie one już działają, sprawdziliśmy oddziaływanie na środowisko i społeczeństwo. Bardzo dużo biogazowni powstaje w Niemczech, ogólnie na „zachodzie” to teraz trend ekologiczny. Nie widzieliśmy przeciwwskazań, by i taka powstała w Rzeniszowie. Przygotowaliśmy wszystkie dokumenty, wystąpiliśmy o pozwolenie na budowę.

Byliśmy nawet zdziwieni, że taka inwestycja nie wymaga uzgodnień środowiskowych ani informowania mieszkańców. Spełniliśmy wszelkie przesłanki, których wymagało od nas prawo. Niczego nie ukrywaliśmy, ale też nie chodziliśmy od domu do domu i nie opowiadaliśmy o swoich planach. Nie mamy na to czasu.

- Czy to prawda, że biogazownia będzie miała 100 ton przerobu dobowego i mają Państwo już na ten substrat podpisane umowy? Na przykład czy będą Państwo przyjmować ścieki z okolicy, martwe zwierzęta, odpady rolnicze, a nawet ryby z Sony?

- To brzmi jak żart, choć nikomu nie jest do śmiechu. Nie musimy mieć podpisanych żadnych umów, nawet nam nie wolno ich podpisywać. Projekt, który jest warunkiem do uzyskania dofinansowania przewiduje wyłącznie użytkowanie własnego substratu. Proszę ze mną przejść po zakładzie to sama się pani przekona. Pokażę, jak to wygląda obecnie przy zachowaniu najwyższych standardów i opowiem pokrótce, jak będzie wyglądać z biogazownią.

Jeśli zrealizujemy inwestycję to będziemy gospodarować na własnym surowcu, a mamy go dostatecznie dużo. Po prostu nie będą nam przyjeżdżać tu żadne ciężarówki choćby po odpady. Ten transport zostanie ograniczony do minimum, bo wszystkie nasze odpady, nasze ścieki zamiast do oczyszczalni - taśmą lub rurami przetransportujemy do biogazowni. Tak powstanie gaz i prąd – tu na miejscu. Będzie bezpieczniej, taniej i bardziej ekologicznie.

Muszę przyznać, że dziwi mnie to całe zamieszanie. Plan zagospodarowania powstał w latach 80. Miała tu powstać owczarnia, zakład mięsny, osiedla, kościół. Powstał rozdźwięk czy państwo, którzy to planowali chcieli zakłady przemysłowe czy tereny rekreacyjne – trzeba by ich zapytać, choć dawniej jak było RSP (Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna) to nikomu to nie przeszkadzało. Wszyscy hodowali bydło, braliśmy je od mieszkańców.

Dziś już mało kto hoduje zwierzęta i może dlatego mało jest zrozumienia.

- Czy mają Państwo problem z zatrudnianiem pracowników?

- Żadnego. Proszę sobie wyobrazić, pracuje tu ok. 200 osób. Pilnujemy, by wszyscy mieli wynagrodzenia na czas. Ludzie zatrudnieni są na umowach o pracę, a nie na „śmieciówkach”. To ważne. Niewielki odsetek to pracownicy z zagranicy. Dbamy o pracowników od 30 lat. Nie zdarzają nam się tacy, którzy przychodzą na 2-3 dni i znikają.

- Wspomnieli Państwo, że rozeznawali rynek.

- Odwiedziliśmy kilka biogazowni, by sprawdzić na własne oczy i uszy czy to jest dobra inwestycja, czy jest szkodliwa. Przecież chcemy dobrze żyć z sąsiadami. „Józan” od 30 lat funkcjonuje w tej społeczności, są też przecież obok inne zakłady przemysłowe. Niektóre już się zamknęły, inne zmieniły właściciela, my trwamy od lat. Rozumiemy mieszkańców i ich obawy, nie chowamy głowy w piasek.

Na lutowe spotkanie zaprosiliśmy naszego wykonawcę, który odpowie na każde, nawet najtrudniejsze pytanie.

- Dziękuję za rozmowę.

Doświadczenia innych

Strach mieszkańców nie jest nam obojętny, a tekstów – w przeciwieństwie do polityków – nie prezentujemy pod publikę. Chcemy pomóc obu stronom konfliktu dojść do porozumienia, a nie podsycać niepokój. Zweryfikowaliśmy w prosty sposób. Dzwoniąc do innych miejscowości - tam, gdzie biogazownie funkcjonują.

W miejscowości Dobra nieopodal takiego obiektu pani ma zajazd z noclegami i restaurację. Zapytaliśmy czy w związku z biogazownią mieszkańcy borykają się z jakimiś uciążliwościami.

- Żadnych kłopotów, żadnych śmierdzących rzeczy nie ma, a biogazownia jest od lipca lub września. Mieszkam tu w Dobrej 26 lat. Otworzyłam zajazd Jagoda z noclegami i restauracją. Gdy zaczynały się pojawiać informacje na temat biogazowni byłam przerażona – jak my wszyscy. Od biogazowni do mojej nieruchomości jest raptem kilkaset metrów. Oprotestowano to. Baliśmy się, że będzie śmierdzieć.

U nas też były zebrania, protesty, ja też podpisywałam te petycje, by nie odstawać od osób mieszkających od dawna. Zorganizowano dla nas wycieczkę do Białegostoku. Proszę mi wierzyć, naprawdę nie ma się o co martwić. Nie ma żadnych zapachów, to absolutnie nieuciążliwe – wyjaśnia właścicielka zajazdu Jagoda, sąsiadka biogazowni o przerobie poniżej 499 kW. Kobieta wspomniała, że tamtejszy inwestor zaproponował zaniepokojonym mieszkańcom wycieczkę do Białegostoku, do biogazowni.

Państwo Kaczorowscy taki pomysł też mieli, ale boją się mówić o tym głośno. Radna Sitek na styczniowym spotkaniu odparła – że teraz na takie wycieczki jest już za późno, jak pozwolenie na budowę jest w toku.

Z rozmowy z mieszkańcami miejscowości, w których funkcjonują biogazownie rolnicze wynika, że te nowej generacji są dla sąsiadów ułatwieniem. Ludzie chwalą powstanie obiektów, ponieważ funkcjonujące przy nich chlewnie, ubojnie, zakłady przetwórstwa w końcu uzyskały zamknięty obieg gospodarowania opadami. Fetor ograniczono w ten sposób do minimum. Wszystko z jednej fabryki przekazywane jest do biogazowni.

Biogazownię ma wybudowa firma agriKomp Polska, która tego typu inwestycje wykonywała nie tylko w naszym kraju, ale w całej Europie. Z doświadczeniem firmy można zapoznać się na stronie internetowej.

Z rejestru wytwórców biogazu rolniczego prowadzonego przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolniczego wynika, że na 27 października 2022 r. funkcjonowało w Polsce 118 takich obiektów, z czego 2 na Śląsku.

Wszystkie tematy

EdukacjaGospodarkaKulturaPrawoSamorządSportSpołecznośćSprawy miastaZdrowie