Skandal w Młodzieżowej Radzie Miasta: radny z zarzutami o gwałt, molestowanie i nękanie nieletnich
SKANDAL W MŁODZIEŻOWEJ RADZIE MIASTA: radny z zarzutami o gwałt, molestowanie i nękanie nieletnich W Myszkowie, gdzie ambicje polityczne kwitną nawet wśród nastolatków, a samorząd chwali się głosem młodych i przyszłością miasta, rozgrywa się dramat, który powinien wstrząsnąć sumieniami wszystkich odpowiedzialnych za kształtowanie młodego pokolenia.
Wyobraźcie sobie: młody człowiek, działacz Lewicy, brylujący na korytarzach urzędu miasta jako radny Młodzieżowej Rady, pozujący na politycznego lidera. Ten sam młodzieżowy radny, stawiany jako przykład społecznego zaangażowania, jest w czasie sprawowania funkcji bohaterem trzech odrębnych spraw sądowych dotyczących najcięższych przestępstw seksualnych wobec nieletnich: gwałtu, molestowania i uporczywego nękania. Ofiarami są dzieci.
Nastolatkowie, którzy w mieszkaniu „zaufanego” działacza mieli przeżyć piekło - takie, o którym większość dorosłych wolałaby udawać, że nie słyszy. To nie jest historia z tabloidów ani scenariusz z filmu. To realne dramaty, które wydarzyły się tu, w Myszkowie. Dramaty, którym można było zapobiec, gdyby dorośli nie przymykali oczu.
System zawiódł, instytucje milczały, a teraz - po czasie, bo kadencja się już skończyła - gdy sprawa wychodzi na jaw - pojawia się pytanie, kto próbuje ją zamieść pod dywan i dlaczego. Początki: Jak powstaje Młodzieżowa Rada Miasta i kto do niej trafia? Wszystko zaczyna się od ustawy o samorządzie gminnym z 1990 roku, która pozwala na tworzenie młodzieżowych rad jako ciał doradczych przy radach gmin.
W Myszkowie taka rada (MRM) została powołana uchwałą rady miasta, ze statutem zatwierdzonym przez dorosłych radnych. Członkowie MRMM są wybierani przez społeczność uczniowską - szkół podstawowych i średnich, ale to gmina daje im legitymację: statut, środki z budżetu, pieczątkę urzędu i promocję jako przyszłość Myszkowa. Burmistrz nie ma bezpośredniego nadzoru nad składem, ale może i powinien wspierać działania rady, współpracować.
W praktyce oznacza to, że urząd miasta/samorząd legitymizuje tych młodych ludzi, eksponuje ich na akcjach, sesjach zdjęciowych i stawia za wzór. Do tej rady w trakcie dziesięciu kadencji działalności (celowo nie wskazuję której) trafił nastolatek - pewien siebie, nieco arogancki chłopak, który zamiast skupiać się na szkole (gdzie notorycznie opuszczał lekcje i nie zdał z klasy do klasy), paradował z teczką po Urzędzie Miasta.
Był aktywnym działaczem prozwierzęcym - psy i koty były dla niego ważniejsze niż los bezbronnych dzieci. W 2024 roku podczas kampanii wyborczej lobbował w mediach społecznościowych za kandydatami związanymi z Lewicą: Rafałem Kępskim, Adamem Zaczkowskim, Martą Muszczak itp., a w drugiej turze za kandydaturą Włodzimierza Żaka. W 2025 biegał z ulotkami Rafała Trzaskowskiego. Oficjalnie, bez pardonu.
Jak się teraz okazuje nikt niby wtedy nie sprawdzał jego przeszłości ani zachowania. Nie sposób też uwierzyć, że żaden polityk nie wiedział kim naprawdę jest młodzieżowy radny, nikogo nie obchodziło co robi w szkole i poza nią. Argument? Bo statut MRMM nie przewiduje żadnych procedur weryfikacji kandydatów, nie wymaga nienagannego zachowania, a nawet nie pozwala na odwołanie członka w przypadku nadużyć i zarzutów karnych. A kto go stworzył?
Ten dziurawy system, stał się bezpieczną przystanią dla potencjalnych drapieżników. Zdarzenia: Ofiary i przestępstwa krok po kroku Pierwsza znana redakcji ofiara to bezbronne dziecko, które trafiło do mieszkania tego „zaufanego” radnego. Tam miało być poczęstowane alkoholem, a potem... przeżyć piekło, którego nie chce lub nie potrafi opisać. Czy doszło do gwałtu? Ofiara nie chce pamiętać. Był sierpień. Trójświęto. Wypił pół butelki wina. Alkohol dał mu chrzestny.
Do stołu siadł razem z XX (młodzieżowy radny) - starszym chłopakiem, który w Myszkowie uchodził za pewnego siebie aktywistę. Z relacji wynika, że XX nie pił. Tylko patrzył. Później, gdy wino już uderzyło do głowy, wszystko się rozmyło. Chłopiec leżał bezwładnie - jak relacjonuje „n*** w trzy dupy”. Ciało nie słuchało. Pamięć gasła kawałkami. Pamięta tylko urywki: że XX wyjął penisa, że jego też rozebrał, że wcześniej przyniósł mocniejsze wino - jakieś 70-procentowe - i polał.
To wszystko miało być „nauczką”. XX powtarzał mu słowa, które wryły mu się w pamięć mimo zamroczenia: „To nauczka, co ci mogą zrobić ludzie w Myszkowie po alkoholu. Bo zadajesz się z tymi, co nie powinieneś”. Czytaj dalej na str. 6-7
Ta grafika jest symbolem zastępczym, by nie ujawniać wizerunku sprawcy, by nikt nie dotarł do ofiar. Dla tych, którzy mają problem z rozczytaniem sensu zdjęcia wyjaśniam: „palce w krzyżyk za plecami” to gest wyrażający kłamstwo.
Interpretacja w kontekście tej sprawy jest jednoznaczna: władze publicznie deklarują troskę o młodzież, bezpieczeństwo, domniemanie niewinności, procedury, a za plecami (lub w praktyce) robią coś zupełnie innego: zamiatają sprawę pod dywan, nie wprowadzają realnych zmian w statucie MRMM, nie reagują na ofiary, chronią wizerunek zamiast dzieci.
SKANDAL W MŁODZIEŻOWEJ RADZIE MIASTA: radny z zarzutami o gwałt, molestowanie i nękanie nieletnich Dziecko nie pamięta, czy doszło do penetracji. Pamięta tylko, że leżał bezwładnie i nie mógł się ruszyć, nie mógł zaprotestować, nie mógł uciec. „Nie mogłem nic zrobić” - powtarza to zdanie jak mantrę. Pytają go później: „Zrobił ci zdjęcia?” - Nie widziałem, żeby używał telefonu. Leżał na ławie. Pamięć mi się wyłączyła - wyjaśniał. W głosie słychać strach, że coś mu zrobił.
Że mógł go zgwałcić. Nie chciał tego zgłaszać, bo bał się, że wszyscy się o tym dowiedzą, a sprawca - XX - chwalił się „dużymi wtykami”. Mówił, że „normalnie jara przy policji”. Że ma układy, że nic mu nie zrobią. To słowa, które w małym mieście brzmią jak wyrok - nie na sprawcę, ale na ofiarę. To nie był incydent - to celowe działanie, które wydarzyło się w czasie, gdy XX pełnił funkcję radnego. Ale to nie koniec.
Kolejna ofiara: dziewczyna ze szkoły, klepnięta po pośladku jakby to było nic, bombardowana wulgarnymi wiadomościami przez kilka tygodni. „Zrób mi l**", "chcę cię zerż***" - takie teksty rzucał śmiało, nękając ją. I to nie wszystko - dochodzą nowi świadkowie, nowe okoliczności, a lista pokrzywdzonych rośnie. Mówimy o trzech różnych sprawach karnych toczących się w Sądzie Rejonowym w Myszkowie: jedna o gwałt, jedna o molestowanie i jedna o nękanie.
Wszystkie dotyczą nieletnich, wszystkie miały miejsce w czasie, gdy sprawca był radnym MRM, a urząd miasta go promował.
Rodzice bohaterowie: Relacje tych, którzy walczą o sprawiedliwość dla swoich dzieci W tej całej machinie bezdusznego systemu, gdzie urzędnicy chowają głowy w piasek, a politycy zasłaniają się domniemaniem niewinności, prawdziwymi bohaterami okazują się rodzice dwóch kolejnych ofiar - zwykli ludzie, którzy nie dali się zbyć, nie ustąpili przed biurokratycznymi murami i walczą o sprawiedliwość dla swoich dzieci z determinacją, która powinna zawstydzić każdego dorosłego w Myszkowie.
To oni, w obliczu traumy swoich pociech, stawali w szranki ze szkołą, policją i sądem, nie pozwalając, by sprawa ucichła. Na pierwszy ogień relacja ojca nękanej dziewczynki, który podzielił się swoją historią, by pokazać, jak system próbuje zmiażdżyć głos ofiar.
Jego córka poznała sprawcę na Instagramie w styczniu 2025 roku; na początku wszystko wydawało się normalne, ale od marca zaczęły się wulgarne wiadomości: „zrobisz mi lo***”, „chodź się ru***"”, „rż***” i temu podobne obrzydliwości, które trwały aż do maja. Dziewczynka w końcu zwierzyła się ojcu, pokazując wszystko, w zasadzie kulminacja nastąpiła 1 października, gdy w szkole, na korytarzu, sprawca klepnął ją w miejsce, gdzie nie miał prawa dotykać.
Dlaczego dopiero 1 października, choć rok szkolny zaczął się 1 września? Bo sprawca do szkoły chodził jak chciał. Usłyszawszy relację córki, ojciec nie czekał - natychmiast pojechał do szkoły, do pedagoga i psychologa. Na początku - jak mówił - próbowano go zbyć, sugerując, że córka to wymyśla, ale on, uparty i zdeterminowany, nie dał za wygraną.
Wymusił rozmowę pedagoga ze sprawcą, do klepnięcia się nie przyznał, a kamera rzekomo nic nie uchwyciła, choć ojciec wątpi, czy nagranie w ogóle sprawdzono. Był w szoku, chciał tylko, by sprawcę usunięto ze szkoły lub podjęto jakiekolwiek kroki. Powiedział jasno: nie pójdę na policję, bo to stało się na terenie szkoły, więc dyrekcja powinna sprawę zgłosić.
Szkoła zapewniała, że rozmawiali ze sprawcą, ale wrażenie ojca było takie, jakby sprawa miała ucichnąć. - Potem córka zaczęła płakać w szkole, bała się tam być, bo on chodził, śmiał się i ciągle na nią patrzył. Wówczas wyszło, że zgwałcił jej koleżankę - powiedział ojciec nękanego dziecka, który był wściekły, że ukrywano przed nim gwałt na innym dziecku!
I nagle - jak wynika z relacji rodzica - tydzień po tym ujawnieniu, sprawa nabrała tempa: pedagog wezwała ojca, kazała podpisać dokument, że chce, by szkoła zgłosiła przestępstwo. Po podpisaniu - cisza przez wiele dni. Podobno wychowawca i pedagog mówili, że policja nie chciała przyjąć zgłoszenia, dopiero zrobił to prokurator. 6 grudnia 2025 r. policjant z technikiem przyjechali przesłuchać córkę mężczyzny, ale ojca nie było, więc umówili się na 9 grudnia na komendzie.
Tam zabezpieczono dowody z Messengera, złożono zeznania, ale do dziś żadnego pisma z prokuratury nie było, tylko cisza. - Córka ma opiekę psychologiczną w szkole i terapię w prywatnym ośrodku, bo trauma jest ogromna - dodaje tata i apeluje: - rozgłoście to, bo sprawca chodzi wolno, a będzie tak, dopóki nie stanie się tragedia i któraś ofiara nie popełni samobójstwa. Wtedy burmistrz otworzy oczy.
Ta relacja to nie tylko spis wydarzeń - to dowód na odwagę rodzica, który w obliczu opieszałości systemu nie odpuścił, walczył o każde słowo, każdy dokument, by chronić córkę i inne dzieci. Relacja matki - dwukrotny gwałt na córce Pani Justyna (imię zmienione na potrzebę artykułu) jest mamą dziewczynki, która została - jak zapewnia - podwójnie zgwałcona przez młodzieżowego radnego.
Zgodziła się opowiedzieć o tym, co przeżyła jej rodzina, odpowiadając szczerze na trudne pytania. Jej słowa to nie tylko kronika koszmaru, ale też dowód na ogromną odwagę matki i córki, które - podobnie jak ojciec i tamta dziewczynka - także walczą o sprawiedliwość. - Jak dowiedziała się Pani o tym, co się stało z córką? - Zadzwonili ze szkoły i powiedzieli, że chcą ze mną porozmawiać, ale nie przez telefon - to musi być spotkanie twarzą w twarz.
Od razu zapytałam córkę, co się dzieje i dlaczego mam iść do szkoły. Wtedy córka powiedziała, co przeżyła. Córka potwierdziła pani pedagog, że gdyby go nie zobaczyła w szkole, to by nie powiedziała. Bała się go tak bardzo, że dopiero jak się pojawił i go zobaczyła, strach puścił i powiedziała. - Kiedy to się wydarzyło i jak wyglądały zdarzenia? - Oba gwałty miały miejsce wiosną 2025 roku, poza terenem szkoły.
Pierwszy raz - u niego w domu, nie był dla niej obcy, chodzili razem do klasy. Drugi raz - na odludziu, w laskach za Dotykiem Jury. Sprawca był starszy, a w szkole był gościem. Sytuację zgłosiłam na policji jeszcze tego samego dnia, gdy się o tym dowiedziałam, po prostu pojechałam z córką na komendę. Pytałam też w szkole co dalej, bo ofiara i sprawca przecież chodzą do tej samej szkoły.
Poinformowano mnie, że dopóki nie ma wyroku, do 18. roku życia nie mogą go skreślić ani zawiesić. - Jak córka radzi sobie teraz? - Córka radzi sobie teraz dobrze. Ma ogromne wsparcie rodziny i przyjaciół, utrzymuje dobre kontakty z rówieśnikami. Zmieniła szkołę, bo powiedziała, że nie może tam chodzić, jak on tam jest i się głupio uśmiecha.
To była jej decyzja - nie chciała codziennie widywać sprawcy. -Jak Pani radzi sobie z tą wiedzą i z tym, co przeżywa córka? - Mam wsparcie męża i całej rodziny. To oni pomagają mi w najtrudniejszych momentach. - Jaką pomoc udało się uzyskać? - Córka korzysta z pomocy psychologa - zaczęła terapię po wysłuchaniu w sądzie, na wyraźną sugestię pani pedagog szkolnej. Psycholog ma pomóc, żeby nie musiała co chwilę wracać do wspomnień i na nowo przeżywać traumy.
Córka miała już jedno wysłuchanie w sądzie. Bardzo się obawiałam, czy da radę sama odpowiedzieć na wszystkie pytania, ale dała radę, dobrze to zniosła. Po wysłuchaniu zaczęła regularnie korzystać z pomocy psychologicznej. - Jak można Państwu pomóc? - Nie potrzebujemy pomocy. Mam nadzieję, że sprawca odpowie za swój czyn, bo na tym mi wyłącznie zależy. My się nie damy, będziemy walczyć. Niczego nie wycofamy - gdyby nawet próbował zastraszać.
Chciałabym, żeby ludzie omijali go szerokim łukiem. On nie nadaje się do społeczeństwa, nie nadaje się do życia wśród ludzi. Sprawca zakłamuje rzeczywistość Na redakcyjnym Facebooku pojawiają się komentarze, często z anonimowych kont, że w opisywanej w mediach społecznościowych historii nie ma żadnych dowodów, że wszystko jest zmyślone, by oczernić byłego młodzieżowego radnego. Facebook to nie miejsce na dowody, od ich gromadzenia jest sąd.
To też nie miejsce na inicjały czy publikowanie wizerunku sprawcy, bo w taki sposób można łatwo doprowadzić do ofiar, a one nie chcą być zidentyfikowane. Nie znajdą Państwo tu imienia, nazwiska, wyglądu sprawcy, wieku, szkoły - niczego, co mogłoby doprowadzić przez młodzieżowego radnego do skrzywdzonych przez niego dzieci. Personalia znają ofiary, zna je też sąd i to w zupełności wystarczy do prowadzenia postępowań.
Ktoś może zarzucić: redakcja ukrywa sprawcę - nie, redakcja dba o dobro ofiar. Tu na łamach DEMOKRATYCZNEJ przeczytali Państwo trzy różne historie - żadna nie jest anonimowa. Pierwsza to trauma dziecka, które nie pamięta co mu zrobił sprawca i się przeraźliwie go boi. Druga to relacja dzielnego ojca, walczącego o córkę.
Trzecia - ciężko napisać najtrudniejsza, bo każda jest przesadnie wypełniona cierpieniem - to dramatyczna opowieść matki, która tego samego dnia po usłyszeniu o zdarzeniu pojechała z córką na policję. To matka, która słuchała, jak jej dziecko musi opowiadać o gwałtach. To matka, która patrzy, jak jej córka zmienia szkołę, żeby nie widywać sprawcy, który nadal chodzi po korytarzach i bezczelnie się uśmiecha. To matka, która mimo wszystko mówi: będziemy walczyć.
Te trzy historie przygniatają jak głaz. Pokazują, że prawdziwa walka o dzieci to nie hasła w mediach społecznościowych, nie lajkowanie oświadczeń burmistrza o domniemaniu niewinności - to codzienne mierzenie się z traumą, biurokracją i opieszałością systemu. Pani Justyna i jej córka za nic w świecie się nie wycofają. Nie dadzą się zastraszyć. Chcą tylko jednego: żeby sprawca odpowiedział za to, co zrobił. I żeby inne dzieci nie musiały przechodzić przez to samo.
Podobnie ojciec i jego córka. Ci rodzice to bohaterowie w cieniu - nie szukają poklasku, chcą tylko sprawiedliwości, ryzykując własnym spokojem, by uchronić innych przed podobnym piekłem. Ich determinacja kontrastuje z biernością urzędu, pokazując, że prawdziwa ochrona dzieci zaczyna się od domu, nie od biurokratycznych oświadczeń. W tym wszystkim nie można zapomnieć o szkole.
Ta zareagowała prawidłowo - czy w porę - trudno rozsądzić, ważne, że zgłosiła sprawę do odpowiednich służb. Ale samorząd? Urząd Miasta? Burmistrz Żak? Opiekun MRM, Marta Muszczak? Nikt nie zainteresował się sygnałami o przestępstwach seksualnych, które krążyły jeszcze przed końcem kadencji. Gdy młody radny brylował na salonach sąd wydawał postanowienia o wszczęciu postępowań wobec niego. Nie zdał, do szkoły nie chodził… A samorządowcy?
Zamiast reakcji - sesje zdjęciowe z uśmiechniętym sprawcą. I lajki pod postami. Zamiast odpowiedzialności - cisza i zamiatanie pod dywan. System totalnie zawiódł: troje dzieci zostało wydanych na pożarcie politycznemu wychowankowi „władców” miasta. Jak wystawiono laurkę przestępcy Sedno afery to nie tylko przestępstwa, ale też to, jak urząd miasta chronił sprawcę.
Młodzieżowy radny otrzymał pisemną opinię od kogoś z urzędu, prawdopodobnie opiekuna MRM, Marty Muszczak - laurkę, która chwaliła go jako wzór aktywisty. Dokument miał przedłożyć do jednej ze wspomnianych spraw sądowych. To nie była prywatna notka: opinia miała nagłówek urzędu i pieczątkę. Ale gdy zapytałam o wydawane w członkom młodzieżowej rady opinie w ramach dostępu do informacji publicznej, urząd zaczął kręcić.
Krok po kroku, co powinno się wydarzyć przy wydawaniu takiej opinii: 1. Radny składa pisemny wniosek na biurze podawczym urzędu - pismo dostaje numer wpływu. 2. Dokument jest dekretowany do odpowiedniej komórki, np. Biura Rady. 3. Biuro zakłada sprawę w systemie zgodnie z Jednolitym Rzeczowym Wykazem Akt. 4. Pracownik urzędu, po konsultacji z opiekunem, tworzy opinię, jeśli jest podstawa i zgoda. 5.
Podpis może złożyć opiekun, ale całą obsługę techniczną i kancelaryjną prowadzi urząd. Tymczasem sekretarz urzędu, Sławomir Pabiasz (były komendant Straży Miejskiej), odpowiadając w imieniu burmistrza, odesłał mnie bezprawnie do opiekuna MRMM, podając adres mailowy. Opiekun nie jest pracownikiem urzędu, nie jest upoważniony do odpowiedzi na wnioski o dostęp do informacji publicznej. To nie jest nieścisłość, wniosek był testem elementarnej procedury, który urząd oblał.
Nie pierwszy raz. Tylko tym razem sprawa jest niezwykle poważna, chodzi o dzieci, więc dlaczego opinii wystawionej dla sprawcy nie ma w systemie urzędu? Możliwe scenariusze: Muszczak sama zrobiła pieczątkę i dokument; procedury w UM Myszków nie są dochowywane; ktoś zrzuca winę na opiekunkę; albo wszystko naraz. W uproszczeniu - to kompletna kompromitacja burmistrza i jego świty. I jeszcze crème de la crème układanki.
Czy wiedzą Państwo, że Marta Muszczak tak bardzo chciała zostać opiekunką MRMM, że wybrano ją niemal z naruszeniem prawa? Uratował ich dopiero radny Tadeusz Bartnik, który zwrócił uwagę, że statut wyraźnie zakazuje powoływania na tę funkcję pracowników UM lub jednostek podległych. A pani Muszczak pracuje w MDK Myszków. Gdyby się nie odezwał, MRMM miałaby nielegalnego opiekuna. Czy radni zmienili kandydata? Ależ skąd. Zmienili statut. Po prostu wykreślili problemowy zapis.
Da się? Da. Tylko teraz za ten manewr powinni odpowiedzieć wszyscy, którzy podnieśli za tym rękę. Jak widać myszkowski samorząd, a za nim magistrat dostosowuje prawo do politycznych potrzeb. Burmistrz zapytany o dokumentację odpisał, że „nie prowadzi dokumentacji członków MRMM”. A rejestry? Uchwały? Głosowania? Listy obecności? Kogo to obchodzi! Tylko nachalną DEMOKRATYCZNĄ.
Reakcja urzędu: Gra na zwłokę i unikanie odpowiedzialności Gdy sprawa wypłynęła na Facebooku DEMOKRATYCZNEJ, burmistrz Żak nie zareagował po ludzku - nie zapytał, jak pomóc ofiarom, nie obiecał zmian w statucie. Zamiast tego: cisza, unik, gra na zwłokę. Wniosek o informację publiczną (cztery proste pytania o opinię i procedury) czekał 12 dni, a urząd ciągnął do ustawowych 14, choć prawo mówi „bez zbędnej zwłoki”.
Dopiero pytanie w mediach społecznościowych „KOGO KRYJE ŻAK” skróciło termin o… jeden dzień. Ale to nie wszystko. Nawet w rzekomej odpowiedzi - zero konkretów, tylko odesłanie do opiekuna. Dlatego redakcja DEMOKRATYCZNEJ zawiadomiła Rzecznika Praw Dziecka - niech system zostanie sprawdzony, niech wyjdzie, kto zawiódł, kto przymykał oko i kto chronił sprawcę kosztem ofiar.
Bo gdy dzieciom dzieje się krzywda, a dorośli, w tym ci, którzy powinni chronić, chowają głowy w piasek albo liczą głosy i wpływy, to musi
się zmienić.
Opublikowano: styczeń 2026