Co ukrywa burmistrz Ogrodzieńca Anna Pilarczyk?
Co ukrywa burmistrz Ogrodzieńca Anna Pilarczyk?
Wystarczył miesiąc, by poznać bezkres patologii w funkcjonowaniu ogrodzienieckiego urzędu. Z każdym kolejnym dniem na jaw wychodzą kolejne nieprawidłowości. Dane w Urzędzie Miasta i Gminy Ogrodzieniec nie są dostatecznie chronione, pracownicy chcą legitymować interesantów, inni tam zatrudnieni spacerują po korytarzach, roznosząc na srebrnych tacach ciasto, a ja mam się nie czepiać i nie widzieć w urzędowych urodzinkach nic złego.
„Burmistrzowa” wydzwania po politykach od lewej do prawej, jej posłańcy nazywają mnie adoptowanym dzieckiem, którego sobie w Ogrodzieńcu nie życzą, DEMOKRATYCZNA jest brukowcem, oczywiście straszą sądem i niczym agenci FBI próbują prześwietlać mój życiorys. To skrót raptem z kilkudziesięciu dni, co będzie później?
A zaczęło się skromnie, od kilku wniosków, na które burmistrz Ogrodzieńca Anna Pilarczyk nie odpowiedziała do dziś. Zapytania były proste, z którymi bez problemu radziły sobie inne magistraty. „Burmistrzowa”, zamiast odpowiadać, wydzwaniała po prominentnych politykach, próbując zablokować mi dostęp do informacji, która jest publiczna. A znajomości – jak mówią wszem wobec – ma niemałe. To jedna z niewielu gmin, której policja przekazuje pojazdy, a nie odwrotnie.
Ogrodzieniec dostał Volkswagena od Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach, Skodę z Ministerstwa Infrastruktury, drugą Skodę z Ministerstwa Sportu i Turystyki, Citroena z ITD… Normalnie taka zaradność, by cieszyła, ale te kilkadziesiąt dni wystarczyło, by dowiedzieć się, że nie ma w niczym przypadku. Jest też Toyota C-HR (małe autko), na którą urząd pozyskał dofinansowanie jako zwrot kosztów wyposażenia stanowiska pracy osoby niepełnosprawnej bezrobotnej.
Redakcja dotarła do zdjęć, na których do pojazdu wsiada opalony mężczyzna w podeszłym wieku, czy to ten niepełnosprawny, na którego gmina uzyskała dofinansowanie? Niestety nie wiadomo.
Wnioski złożone w lutym nadal czekają na rozpatrzenie. A „władze” wymyślają co rusz to nowe absurdy, by odpowiedź przeciągnąć w czasie. Ale wie Pani, Pani Anno – co się odwlecze… I tak pierwsze pisma z urzędowego maila wysłał mi Gal Anonim, załączając do wiadomości dokument podpisany i opieczętowany przez Marynę Milejską, Sekretarza MiG Ogrodzieniec. Z treści wynikało, że domagam się informacji, która wymaga przetworzenia, więc muszę wykazać istotny interes publiczny.
Bzdura. – […] w pierwszej kolejności pragnę zwrócić uwagę na brak kontroli nad pracownikami obsługującymi kancelarię Urzędu Miasta i Gminy Ogrodzieniec. Otrzymane wiadomości nie zawierają żadnego podpisu pracownika, który wykonał rzeczoną czynność. Rozważyć należy, czy pracownicy wstydzą się swojego nazwiska, czy może treści zawartej w pismach? […] Ponadto niestety z pism pani Maryny Milejskiej nie wynika, których wniosków odpowiedzi dotyczą.
Nie dysponuję żadnymi tajnymi mocami niczym Yennefer z Vengerbergu z „Wiedźmina” i nie mogę się do nich odnieść merytorycznie, bo nie wiem, na które odpowiadam. Wzywam więc Panią – Burmistrza Miasta i Gminy Ogrodzieniec - do wskazania, których wniosków Państwa wątpliwość dotyczy.
Jeśli pani sekretarz Marynie Milejskiej brak wiedzy i doświadczenia w dbaniu o poprawność korespondencji urzędu uprzejmie PROSZĘ Panią jako organ o zachowanie, choć minimalnych standardów obowiązujących w administracji przy odpowiadaniu na pisma klientów urzędu – odpowiedziałam. Głupia wymiana argumentów pozwoliła uzyskać decydentkom co najmniej kilkanaście dodatkowych dni.
W odpowiedzi na moją odpowiedź otrzymałam wezwanie do złożenia osobistego podpisu lub podpisania moich wniosków o dostęp do informacji publicznej podpisem kwalifikowanym.
Kolejna bzdura, ale uznałam, że skoro panie zapraszają, to nie śmiem takiej propozycji odrzucić. Niezapowiedziana wizyta miała miejsce 22 marca w godzinach porannych.
Kancelaria – bardzo miłe panie odesłały mnie do kierowniczki, a niezwykle uprzejmy młody mężczyzna zaprowadził mnie do odpowiedniego pokoju. Nic nie zapowiadało tego, co wydarzyło się później. Zapukałam, przedstawiłam się i oznajmiłam, w jakim celu przybyłam.
Kierownik rzekła, że przeprosi mnie na chwilkę „bo wnioski są u szefowej” i zostawiła mnie samą w pokoju pełnym dokumentów – przypominam to referat organizacyjny z tak szerokim zakresem, który w innych urzędach realizuje kilka wydziałów.
Mogłam w tym czasie dokumenty przejrzeć, zniszczyć, wyrzucić przez okno (w klamkach pozostały klucze), podpalić pokój i uciec… Ale cierpliwie czekałam na powrót pani Martyny, która potrafi witać interesantów w uszkach myszki miki na głowie. W międzyczasie do pokoju weszła jakaś młoda kobieta i miała więcej oleju w głowie, bo zostawiła chociaż drzwi otwarte.
Po powrocie kierownik – już miało się wszystko szybko i bezboleśnie zakończyć, ale plan zepsuło jedno proste pytanie: skąd pani wie, że ja to ja?!
- To proszę się wylegitymować – odpowiedziała pani Martyna.
- Ależ nie ma pani takich uprawnień – wyjaśniłam.
- Ale przyszła tu pani, to musi to być Katarzyna Kieras, bo przecież to panią wzywaliśmy – dodała.
- Ktoś mógł wykraść dane, włamać się na państwa skrzynki, na moją skrzynkę, mogłam równie dobrze rozrzucić wydrukowanego maila i ktoś mógł się stawić za mnie…
- Ale nigdy tak się nie zdarzyło, by ktoś się za kogoś podawał…
- To że nigdy się nie zdarzyło, nie oznacza, że nie może się zadziać teraz. Zatem skąd pani wie, że ja to ja… Pani musi mieć pewność, że daje do podpisu dokumenty właściwej osobie, pani musi chronić dane, a niestety tego pani nie robi, bo pozostawiła mnie pani samą w pokoju na kilkanaście minut.
- To proszę wyjść! – powiedziała pani Martyna, po czym poszła do „szefowej”, a ja czekałam na korytarzu kolejne kilkanaście minut. W tym czasie – ku mojemu zdziwieniu – panowie pracujący w urzędzie przemierzali korytarze niczym za młodu starosta myszkowski poprzedniej kadencji – trzymając w ręku srebrną tacę, a nań wszelkiej maści ciasta. I tak pokój za pokojem częstowali koleżanki i kolegów z pracy, ochoczo przy tym chichocząc.
Radość przerwało pojawienie się pani kierownik Martyny z obstawą. Zaproszono mnie do pokoju kierowniczki, która zdążyła już wejść z ciastem.
- Proszę o podpisanie wniosków – zaczęła pani Nitecka.
- Skąd pani wie, że ja to ja? – zapytałam ponownie.
- Bo została pani przez nas wezwana – wyjaśniła, a ja wytłumaczyłam po raz kolejny, że ktoś może się podszywać, a pani wydająca mi dokumenty musi mieć pewność.
- Jak pani ma podejrzenie popełnienia przestępstwa, że ktoś się za panią podszywa, to proszę złożyć zawiadomienie, a jak się już pani zastanowiła i wie, że jest Katarzyną Kieras, to proszę podpisać wnioski, nie zamierzam pani legitymować – odrzekła Nitecka, a ja wyjaśniłam, że nie mogę mieć wiedzy, gdy ktoś będzie się pode mnie w urzędzie podszywał, dowiem się lub nie po fakcie, nad tym, czy jestem sobą, nie muszę się zastanawiać, za to pracownicy urzędu muszą mieć pewność, której przecież mieć nie powinni.
Pani Nitecka postraszyła mnie sądem, gdybym zechciała ocenić urząd na podstawie – jak to uznała – kilkominutowej wizyty, a ciasto roznoszone przez panów – jej zdaniem – nie powinno mi przeszkadzać. To już nie można wyprawiać urodzin w pracy i poczęstować współpracowników? Otóż urodziny świętować w taki sposób można poza pracą. Panowie z tymi tacami szwendali się tak na pewno dłużej, niż trwa przysługująca pracownikowi przerwa…
Obie panie próbowały mnie przekonać, że brak podpisu nadawcy w mailu z urzędu to bzdura, a w ogóle za organizację kancelarii odpowiada jej zastępca. To nic, że kierownik sprawuje kontrolę nad swym zastępcą. One uważają inaczej, oznajmiły, że przecież w „schemacie jest określone” czym zajmuje się kierownik a czym zastępca. Otóż reguluje to zakres obowiązków…
W trakcie wymiany zdań pani Nitecka nie uwierzyła, że kierowniczka zostawiła mnie samą w pokoju, dodała, że nie miałam prawa przeglądać dokumentów, bo nie jestem do tego uprawniona, a w ogóle tam nie było żadnych dokumentów… Na koniec dodała, że przecież tam, gdzie pracuje, pewnie nie jest lepiej.
Zadziwiające, że pani Nitecka, którą pierwszy raz widzę na oczy – wie, gdzie jestem zatrudniona, bo szansę na pracę mam 50/50. – Musi pani gdzieś pracować, ludzie w naszym wieku pracują – próbowała się bronić. – Nie muszę, mogę pracować albo nie pracować…
Całą tę dyskusję uznać należy za żenującą. Jedna pani rażąco narusza bezpieczeństwo danych zgromadzonych w urzędzie, a druga wdaje się w durne pyskówki, zahaczając o prywatne sprawy, o których nie powinna mieć pojęcia. Żadna z „szefowych” nie odważyła się, by wyjść i porozmawiać ze mną. Nikt też nie poczęstował mnie ciastem ;]
W podobnym tonie na wnioski zareagowała prezes spółki Zamek. Najpierw było wezwanie do osobistego podpisania wniosku, ale niestety wizyta wydała mi się mało interesująca, więc ograniczyłam się do pisemnej odpowiedzi. W odpowiedzi na odpowiedź uzyskałam, że niemal wszystko, o co wnioskuję to informacja przetworzona.
- W odpowiedzi na pisma z 18 marca 2023 roku przypominam, że przedmiotem wniosków o dostęp do informacji publicznej było: wykaz wydatków spółki za listopad i grudzień 2022 r., budżet spółki na 2023 r. i wykaz imienny pracowników spółki.
We wskazanych wyżej pismach informuje Pani, że jest to informacja przetworzona, a – tu cytat z pisma prezeski - "przetworzenie jest równoznaczne z koniecznością odpowiedniego zestawienia informacji, samodzielnego ich zredagowania związanego z koniecznością przeprowadzenia przez zobowiązany podmiot czynności analitycznych, których końcowym efektem jest dokument pozwalający na dokonanie przez jednostkę samodzielnej interpretacji". Wnioskowałam o imienny wykaz pracowników spółki.
Wnioskowałam też o sprawozdanie finansowe spółki za 2022 r. Odpowiedziała mi Pani, że dotychczas nie sporządzono sprawozdania spółki za 2022 rok, całość dokumentacji sprawy ma charakter roboczy.
Jednocześnie odpowiada mi Pani na dwa inne wnioski o budżet spółki na 2023 r. i wykaz wydatków spółki za listopad i grudzień 2022 r., że: "Wytworzenie informacji, o której mowa we wniosku wymaga podjęcia przez Zamek Sp. z o.o. określonego działania intelektualnego, polegającego na zestawieniu ze sobą wielu dokumentów (wnioski, umowy, dokumenty rozliczeniowe itd.), spośród których znaczna ilość uległa procedurom archiwizacyjnym...".
Zarchiwizowali Państwo dokumenty, które są niezbędne do sporządzenia sprawozdania finansowego, które przecież jest sporządzane z dokumentów będących w archiwum? Lista pracowników też jest w archiwum? – odpowiedziałam i na kolejną odpowiedź czekam. Co teraz im podpowie jakiś błyskotliwy prawnik.
Szperając po zakamarkach urzędowych stron, biuletynie, facebooku trafiłam na interpelacje radnych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie sposób odpowiedzi, jakimi darzy radną Martynę Brożek sekretarz Maryna Milejska. Kobieta bezczelnie odpisuje, zapominając, że jest zwykłym pracownikiem urzędu, a radny sprawuje mandat, którym obdarzyli go wyborcy. Zachowanie karygodne, ale ktoś pracownikowi na takie działanie pozwala. A może to nie jest zwykły pracownik?
Z oświadczeń majątkowych wynika, że sekretarz więcej wart jest dla gminy niż burmistrz. Może to i słusznie skoro „Burmistrzowa” do filmów się nie nadwała, a pani Maryna owszem. Wygląda to na ewenement, bo M. Milejska zarabia więcej od A. Pilarczyk. Ta druga z tytułu umowy o pracę zarobiła w 2021 roku 177 379,39 zł. M.
Milejska za pracę w charakterze sekretarza uzyskała 175 936,74 zł, dla kobiety to jednak za mało i musi sobie dorabiać, pracując (choć niektórzy używają raczej określenia - udając) jako zastępca kierownika USC, za co zarobiła 29 900 zł. Ale i to nie wszystko. Milejska otrzymała także dodatek i nagrodę spisową „Narodowy Spis Powszechny” w wysokości 3 480 zł. Pilarczyk również otrzymała nagrodę spisową „Narodowy Spis Powszechny” w wysokości 4 400 zł.
I tak Anna Pilarczyk w 2021 roku zarobiła 181 779,39 zł, a sekretarzowa 209 316,74 zł – to aż o 27,5 tys. zł. Kto wie, czy jakby był wakat na urzędowym palaczu, to by nie aplikowała. W końcu apetyt rośnie w miarę jedzenia, a ciasta zawsze na srebrnej tacy dostawać nie będzie.
Krytyka, która wylała się w powyższym morzu liter, grozi sądem – to już wiem. Ogrodzienieckie władze można tylko chwalić. Wszelkie uwagi grożą blokadą dostępu do gminnego Facebooka (zostałam zablokowana) i nie mam prawa wglądu za jeden komentarz, że pracownicy urzędu nie potrafią sami nic wymyślić, tylko ściągają z innych…
Do komentarzy pod postami „brukowca” – czytaj DEMOKRATYCZNEJ - włączają się pupilki wszechwładzy. Z anonimowych kont nie przebierają w słowach, oczywiście komentarze pojawiają się wyłącznie w godzinach pracy urzędu… Nie lubią też w ogrodzienieckim magistracie adoptowanych dzieci – taki zyskałam przydomek. Jestem adoptem z Myszkowa i wara od Ogrodzieńca. Z głupotą dyskutować nie sposób. Palma niektórym odbija. To modne w tej gminie rośliny.
Niestety, choć wydano na nie sporo (czekam na odpowiedź ile) nikt ich dostatecznie nie zabezpieczył i zmarzły, no ale przecież za swoje kupione nie były. Kupi się nowe, większe, żeby je było widać co najmniej z Zawiercia, a najlepiej z Myszkowa, żeby adopt zazdrościł z oddali.
Rozbawienie wzbudza nawet – dokument wydawałoby się poważny, czyli raport o stanie gminy. Ten za 2021 rok okraszony jest facjatami nie tylko najwyższych władz gminy, dostojnych w łańcuchu, ale i kierowników referatów. Niektórzy są niestety bezimienni i beznazwiskowi. Widać nie zasłużyli.
Opublikowano: marzec 2023