Umowa dżentelmeńska z niedżentelmenem: burmistrz Żak zostawia mieszkańców na pastwę tirów
Umowa dżentelmeńska z niedżentelmenem Burmistrz Żak zostawia mieszkańców na pastwę tirów
Myszków, ulica Koziegłowska - jedna z najruchliwszych dróg wojewódzkich w powiecie. Codziennie tysiące samochodów, w tym 40-tonowe ciężarówki, pędzą tu z prędkością pozwalającą na wyprzedzanie. Po obu stronach - głębokie rowy, brak chodnika, brak pobocza. Mieszkańcy od lat chodzą – jak mówią: „przy swoich płotach” albo po kolanach w błocie. Dzieci idą do szkoły slalomem między tirami.
Jak mówi jeden z mieszkańców: „rozpędzony samochód może zepchnąć do rowu i nikt nawet nie zauważy”. A burmistrz przed problemem ucieka.
Właśnie tu miała powstać ścieżka pieszo-rowerowa - łącznica między Nową Wsią a Porajem. Dofinansowanie z Urzędu Marszałkowskiego 50% (3 mln zł) przyznane już w 2021 roku w programie WID 2021+. Powiat Myszkowski zabezpieczył 3 mln zł, jednak miasto miało zwrócić swoją część - 1,5 mln zł. I tu zaczyna się farsa.
Jeszcze w poprzedniej kadencji radni miejscy - wbrew woli burmistrza Włodzimierza Żaka - zdjęli pieniądze z innej inwestycji i wpisali je do budżetu na Koziegłowską, uznając bezpieczeństwo mieszkańców tej dzielnicy za priorytet.
- To było potwierdzenie umowy dżentelmeńskiej, która została zawarta - mówiła na posiedzeniu komisji radna Beata Jakubiec-Bartnik, Przewodnicząca Rady Powiatu w Myszkowie i w poprzedniej kadencji radna miejska.
Umowa dżentelmeńska z kimś, kto najwyraźniej dżentelmenem nie jest. Kiedy powiat zabezpieczył całość kwoty i stało się jasne, że inwestycja naprawdę ruszy, burmistrz Żak nagle „nie widzi potrzeby zabezpieczania środków”, ponieważ miasto jest zadłużone, rewitalizacja centrum pochłania kolejne miliony, RIO wydaje budżet z uwagami – wszystko prawda.
Ale rzeczywistość jest też inna: na dokumentację miasto wydało już środki. Na samą deklarację potrafiło znaleźć milion - gdy radni wymusili to na przekór burmistrzowi. Teraz, gdy trzeba wyłożyć realne pieniądze - odwraca się kota ogonem.
Wielogodzinne dyskusje radnych kończą się niczym. Najpierw spotkanie zorganizowano w starostwie, później w mieście z inicjatywy Tomasza Szlenka. Przybyli wszyscy - poza burmistrzem, zastępca też nie zdołała dotrzeć.
Zamiast przyjść osobiście i powiedzieć mieszkańcom w oczy: „przepraszam, nie damy rady”, burmistrz Żak wysyła na rzeź skarbnik Katarzynę Kochman. Kobietę, która powtarza jak mantrę: „w dokumentach nigdy nie zaistniało, że miasto miałoby partycypować w inwestycji”. I że „miasto nie może zaciągać kredytu, żeby pomagać województwu”.
- To przykre, że pan burmistrz nie znalazł chwili czasu, by do nas przyjść i porozmawiać i dopiąć tę umowę dżentelmeńską – mówiła wiceprzewodnicząca RP Zdzisława Polak i dodała: - Dlaczego tego nie realizujemy? Ludzie mają dość zamieszkiwania przy tej ulicy. Jak dbacie o mieszkańców, że oni muszą na kolanach po tych rowach chodzić?
Do dyskusji włączył się radny miejski Tadeusz Bartnik: - Inwestycja kosztuje 6 mln zł – Urząd Marszałkowski dał 3 mln, resztę miało podzielić miasto i powiat po równo. Burmistrz mówi: „nie będziemy robić czegoś, co nie jest zadaniem własnym gminy”. A my mówimy: jeśli jest 50% dofinansowania i szansa, żeby nie ginęli tam ludzie – to robimy to dla mieszkańców, a nie dla paragrafów. Bo dzięki takiemu podejściu miasto jest dziś tak biedne, że samo nic nie może.
Może coś zrobić tylko wtedy, gdy ktoś inny się dorzuci. Te pieniądze – najpierw 50 tys., potem milion – znalazły się w budżecie wyłącznie dlatego, że radni na przekór burmistrzowi zdjęli je z innej inwestycji. To było potwierdzenie umowy dżentelmeńskiej, która została zawarta. Dziś burmistrz chowa się za plecami pani skarbnik i mówi, że „w dokumentach tego nie ma”. Wierzę, że my, radni, zmienimy ten budżet tak, by te 1,5 mln zł się znalazło.
I wierzę, że ci, którzy w poprzedniej kadencji walczyli z burmistrzem o te środki, teraz - gdy już są z nim w jednej drużynie - nie powiedzą nagle: „a bo wtedy byliśmy w opozycji…”. Życie ludzkie jest bezcenne. Nie można go przeliczać na kilkadziesiąt głosów z - jak to mówią - satelickich dzielnic.
Starosta Piotr Kołodziejczyk próbował ratować sytuację: - Nie wyobrażam sobie, by miasto partycypowało tylko w dokumentacji, a w realizacji tylko powiat. Poprzednia rada środki zapisała w budżecie - widać czarno na białym, że intencja była.
Wszystkie te argumenty były na nic, bo skarbnik uparcie twierdziła: - Nigdy kontrasygnaty nie składałam do realizacji tego zadania.
Przysłuchujący się tej wymianie zdań mieszkańcy ze zdumieniem i złością kręcili głowami. Bogusław Kaliński nie wytrzymał: - Od kadencji do kadencji tylko nam się obiecuje. Chcę, by moje dzieci cieszyły się, że mieszkają w Myszkowie, a nie patrzeć, jak w innych gminach powstają ścieżki.
Radny Tomasz Szlenk, który od poprzedniej kadencji popiera tę inwestycję, obiecał: - Staniemy na rzęsach, żeby te pieniądze się znalazły.
Wtórowała mu radna Marta Muszczak: - Mówię w imieniu PAKT, musimy dbać o finanse miasta, ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by inwestycja doszła do skutku.
Tyle że bez woli burmistrza nawet najlepsi radni niewiele zdziałają.
Jaki jest stan finansów Myszkowa, skoro przy dochodach na poziomie ponad 200 mln zł i realizowaniu inwestycji z dotacji przekazanych przez poprzedni rząd, nie stać miasta na 1,5 mln zł? Jest pewne dofinansowanie z województwa, powiat wyłożył swoje 1,5 mln zł, a mieszkańcy Myszkowa od lat błagają o bezpieczeństwo.
Potrzebne nie 100, nie 11,5, a jedynie 1,5 mln zł z miejskiej kasy - kwota, którą jeszcze w poprzedniej kadencji radni potrafili znaleźć w budżecie nawet na przekór burmistrzowi.
Dziś burmistrz Żak chowa się za plecami skarbnik i za zapewnieniami, których nagle „nie ma w dokumentach”. Umowa dżentelmeńska okazała się wartą tyle, ile słowo człowieka, który ją zawarł. Mieszkańcy Koziegłowskiej zostali z tirami, rowami i obietnicami, które - jak mówi Beata Jakubiec-Bartnik - „obowiązują tylko jedną stronę”. Panie burmistrzu Żak - dżentelmeni tak nie postępują. (kk)
Opublikowano: wrzesień/październik 2025